Translate

czwartek, 31 grudnia 2015

Próżność ("Opowieści po życiu")

Lucia usiadła na miękkim piasku. Zmęczyło ją chodzenie w kółko. Spojrzała na bezchmurne niebo, pozbawione słońca. Miejsce, w którym przebywała spowijał nieustanny mrok. Ziemia, po której stąpała, pokryta była słonym, suchym piaskiem. Kobieta tęskniła do słonecznej Toskanii. Baśniowego krajobrazu smukłych cyprysów i winorośli porastających rozległe wzgórza okolic jej rodzimej Florencji. Dałaby wszystko, być znów tam być. Ogrzewać się w promieniach wiosennego słońca, obserwować budzącą się do życia przyrodę. Podglądać ptaki ćwierkające na srebrzystych gałęziach drzewek oliwnych. Zawrócić tę wiosnę, z którą bezpowrotnie odeszła. Wiosnę, która podcięła jej długie, zielone skrzydła nadziei. Uśpiła wiarę w nowe, lepsze jutro. W miejscu, w którym przebywała, czas stracił swoje prawa. Dziś, jutro i wczoraj zlewało się w jedno, stając się nękającym wspomnieniem przeszłości, która do nich doprowadziła. Pamięć, niczym węgielny kamień z wyrytą datą feralnego dnia, inicjowała początek.
Wciąż od nowa, przypominając starą winylową płytę, która zacinając się, odtwarzała ten sam fragment melodii.
Lucia pragnęła zmiany. Chciała pomyśleć o czymś innym, przyjemniejszym. Przywołać choćby wspomnienia szczęśliwych chwil swego minionego życia. Albo zastanowić się, dlaczego znajduje się właśnie w takim, a nie innym miejscu. Chciała, lecz nie mogła. Jej władza nad umysłem wygasła. Coś sprawowało kontrolę nad jej myślami i kazało przebywać na pustyni bez słońca. Nie mogła tego zmienić i tak miało już pozostać do końca wieczności, choć Lucia tego nie wiedziała.
– Czas pozwala nam umierać wiele razy…
Nareszcie przestała być sama. Pustkowie, którego  panią się uważała, gościło jeszcze kogoś, choć na razie słyszała tylko głos. Przestraszona, rozejrzała się wokół, ale nadal, oprócz niej, na pustyni zdawało się nie być nikogo innego.
– Jego cudowną mocą jest wyzwalanie w pamięci
wspomnień – głos nie czekając na odpowiedź przemawiał dalej.
Lucia obracała się w kółko, zastanawiając się skąd dobiegają obce myśli. Głosu bowiem, tak naprawdę nie słyszała, a jedynie rozumiała sens wypowiedzi, w swoich myślach.
Kobieta wzruszyła ramionami. Dziwiła się, że nie potrafi odpowiedzieć, na tak banalnie proste z pozoru, pytanie. Po co pragnie zobaczyć rysy materii, czy innej duszy, jakkolwiek by nazwać, niematerialną osobowość po drugiej stronie życia?
– Wy ludzie, zawsze przywiązujecie wagę do wizerunku. Wszystko musi być wyobrażalne, materialne, inaczej nie istnieje.
Dopiero teraz Lucia mogła zobaczyć istotę, której myśli słyszała. Był nią mężczyzna:  jasnowłosy, dobrze zbudowany. Miał na sobie ciemne ubranie i pelerynę z kapturem opuszczonym na plecy. Choć w tej części wszechświata uczucia nie miały znaczenia, mężczyzna spodobał się jej od pierwszej chwili.
On także nie odrywał od niej wzroku, ale spojrzenie jego czarnych, jak węgiel oczu niepasujących do aryjskiej urody, przerażało Lucię. Było dzikie i pożądliwe. Złe.
Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Kobieta speszona spuściła głowę.
Na ten gest, typowy łasym na pochwały kobietom, mężczyzna wybuchnął śmiechem. Tak przerażającym i złowieszczym, że Lucia zatkała uszy, choć przecież nie dzięki nim go słyszała.
– Próżność ziemskich kobiet – prychnął, dodając z ironią:
– Żałosne jesteście, wy, wszystkie Ewy...
– Kim jesteś? – zapytała kobieta, odchodząc od niego na bezpieczną, według niej, odległość.
– Myślisz, że jesteś w stanie ode mnie uciec? Że ktokolwiek jest?
Nim Lucia się spostrzegła, stał przy niej twarzą w twarz. I gdyby nie to, że oboje nie byli ludźmi, powiedziałaby, że czuje na sobie jego oddech. Tymczasem pozbawione ciał materie przeniknęły przez siebie, zespalając się w jedną, bezcielesną masę...

Lucia znalazła się nagle w innym miejscu. Zobaczyła starszą kobietę, karcącą kilkuletnią dziewczynkę o długich, czarnych włosach. I choć nie padło ani jedno słowo, Lucia znała powód, dla którego owa kobieta dawała klapsa przestraszonemu dziecku. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dziewczynka jest nią samą w dzieciństwie, a zdarzenie ma miejsce zaraz po tym,jak wbrew zakazom babci, wymknęła się z domu, wraz z olbrzymim labradorem, Bonim. Biegła do winnicy wuja Alfreda, trzymając większego od siebie zwierzaka na krótkiej smyczy. Kiedy na polnej drodze pojawiła się furmanka, pies wyrwał się jej z rąk i wpadł prosto pod koła rozpędzonego wozu.
Nie zdążyła jednak przypomnieć sobie wspomnień związanych z rozpaczą po psie, bo oto zobaczyła samochód pełen roześmianych, młodych ludzi. Za kierownicą zaś dziewczynę w białym, słomkowym kapeluszu.

Znała ją dobrze. Pamiętała jak lubiła ten kapelusz. Dostała go na osiemnaste urodziny od swojej prababci Sofii.
Dziewczyna starała się patrzeć na drogę, ale bardziej zaprzątał jej uwagę pasażer siedzący obok. Ciemnowłosy, przystojny chłopak, który wkładał rękę pod jej sukienkę. Dyskretnie, zmysłowo, by nie zauważyli pozostali pasażerowie.
Chociaż samochód przeznaczony był do przewozu pięciu osób, zajmowało go aż siedem. Dwie kobiety „ponadplanowe” z tyłu, usadowiły się na kolanach młodych mężczyzn. Wszyscy byli pod wpływem czerwonego wina, którego skosztowali w domu jednej z pasażerek. W stanie alkoholowego upojenia była także kobieta - kierowca.
Samochód zjeżdżał pośpiesznie z wysokiej górki.
Polna droga była pusta, ale nagle, jakby spod ziemi, wyrósł, pojawił się na niej starszy wieśniak, z koszykiem winogron. Wyszedł z leśnych kniei, by przejść na skróty do pobliskich zagród. Jadący z nadmierną prędkością samochód zauważył zbyt późno. Kierowca nie zdążył zahamować. Ciało starego wieśniaka poszybowało nad głowami, wciąż roześmianych pasażerów samochodu.
 
Znów jednak nie miała chwili czasu, by przypomnieć sobie następne wydarzenia związane z wypadkiem, bo znalazła się w sypialni swych rodziców. Leżała naga w szerokim, stylowym łożu. Nie była sama. Obok siebie ujrzała mężczyznę, z odsłoniętym, mocno owłosionym torsem i pokaźnym przyrodzeniem. Nie był już młodzieniaszkiem.
Oboje z kobietą oddychali głęboko, zmęczeni po dopiero co odbytym stosunku. Kobieta dotknęła swoich nabrzmiałych piersi, zadowolona z pełni ich kształtu. To zwłaszcza dzięki nim, miała tak ogromne powodzenie u miejscowych mężczyzn, a inne kobiety z zazdrością patrzyły na ich obfitość.
Lucia uśmiechnęła się. Wspomnienie tamtych chwil było przyjemne. Doskonale pamiętała swojego najlepszego kochanka Gulia. Również to, że spotykając się z nim, zapominała o czekającej na niego w domu, ciężarnej żonie i synach, którym odbierała ojca.
Jej twarz spochmurniała. Jednak jasnowłosy mężczyzna znowu nie pozwolił jej na rozpamiętywanie
strzępów tamtej przeszłości.

Z sypialni rodziców przeniósł jej świadomość do kuchni mieszkania na Via Monte Rosa w Milano. Siedziała na podłodze obok gazowego piecyka, przyglądając się krwi wypływającej z podciętych na przegubach żył. Po odejściu narzeczonego, Sergia, nie widziała już sensu życia. Miała trzydzieści lat, niestabilną pracę. Wciąż nie była matką. Zrozumiała nagle, że mężczyźni widzieli w niej jedynie materiał na kochankę. Podziwiali jej kobiece kształty. Pragnęli jej ponętnego ciała, zapominając, że tak, jak w każdej kobiecie, tkwi w niej potrzeba macierzyństwa. Chęć bycia szanowaną żoną i matką.
A może traktowali ją tak, jak im na to pozwalała?
Każdy ma przecież prawo wyboru. Pokierowania własnym życiem w taki sposób, by albo wzbudzało w kimś szacunek, albo pogardę.
Lucia pamiętała, że pod koniec życia dużo piła. Alkohol dawał ukojenie...
– Jak widzisz, całe życie należałaś do mnie Lucio – powiedział mężczyzna w pelerynie, gdy znowu znalazła się z nim na pustkowiu.
Tym razem usiadł na piasku, w sporej odległości od niej.
– Nie rozumiem... – odparła.
Podejrzewała kim jest, ale nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Nie mogła przecież upaść tak nisko.
Nie była, aż tak zła...
– Kim jesteś, na miłość boską?! – krzyknęła, choć jej usta pozostawały zamknięte.

– Nie przywołuj imienia kogoś, kogo tutaj nie ma i kogo, nigdy nie było w twoim życiu.
Mężczyzna znowu znalazł się w bliskiej odległości.
Stanął tuż za kobietą:
– Jestem czasem twojej wieczności. Przywyknij do mnie.
Po tych słowach zniknął, a Lucia znowu została sama.

Bezwietrzne, ciemne niebo spoglądało na nią z ukosa. Kobieta kręciła się w kółko, nie zostawiając
śladów na piasku, chociaż kilka odciśniętych stóp, prowadziło donikąd...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za dodanie komentarza:)