czwartek, 31 grudnia 2015

Próżność ("Opowieści po życiu")

Lucia usiadła na miękkim piasku. Zmęczyło ją chodzenie w kółko. Spojrzała na bezchmurne niebo, pozbawione słońca. Miejsce, w którym przebywała spowijał nieustanny mrok. Ziemia, po której stąpała, pokryta była słonym, suchym piaskiem. Kobieta tęskniła do słonecznej Toskanii. Baśniowego krajobrazu smukłych cyprysów i winorośli porastających rozległe wzgórza okolic jej rodzimej Florencji. Dałaby wszystko, być znów tam być. Ogrzewać się w promieniach wiosennego słońca, obserwować budzącą się do życia przyrodę. Podglądać ptaki ćwierkające na srebrzystych gałęziach drzewek oliwnych. Zawrócić tę wiosnę, z którą bezpowrotnie odeszła. Wiosnę, która podcięła jej długie, zielone skrzydła nadziei. Uśpiła wiarę w nowe, lepsze jutro. W miejscu, w którym przebywała, czas stracił swoje prawa. Dziś, jutro i wczoraj zlewało się w jedno, stając się nękającym wspomnieniem przeszłości, która do nich doprowadziła. Pamięć, niczym węgielny kamień z wyrytą datą feralnego dnia, inicjowała początek.
Wciąż od nowa, przypominając starą winylową płytę, która zacinając się, odtwarzała ten sam fragment melodii.
Lucia pragnęła zmiany. Chciała pomyśleć o czymś innym, przyjemniejszym. Przywołać choćby wspomnienia szczęśliwych chwil swego minionego życia. Albo zastanowić się, dlaczego znajduje się właśnie w takim, a nie innym miejscu. Chciała, lecz nie mogła. Jej władza nad umysłem wygasła. Coś sprawowało kontrolę nad jej myślami i kazało przebywać na pustyni bez słońca. Nie mogła tego zmienić i tak miało już pozostać do końca wieczności, choć Lucia tego nie wiedziała.
– Czas pozwala nam umierać wiele razy…
Nareszcie przestała być sama. Pustkowie, którego  panią się uważała, gościło jeszcze kogoś, choć na razie słyszała tylko głos. Przestraszona, rozejrzała się wokół, ale nadal, oprócz niej, na pustyni zdawało się nie być nikogo innego.
– Jego cudowną mocą jest wyzwalanie w pamięci
wspomnień – głos nie czekając na odpowiedź przemawiał dalej.
Lucia obracała się w kółko, zastanawiając się skąd dobiegają obce myśli. Głosu bowiem, tak naprawdę nie słyszała, a jedynie rozumiała sens wypowiedzi, w swoich myślach.
Kobieta wzruszyła ramionami. Dziwiła się, że nie potrafi odpowiedzieć, na tak banalnie proste z pozoru, pytanie. Po co pragnie zobaczyć rysy materii, czy innej duszy, jakkolwiek by nazwać, niematerialną osobowość po drugiej stronie życia?
– Wy ludzie, zawsze przywiązujecie wagę do wizerunku. Wszystko musi być wyobrażalne, materialne, inaczej nie istnieje.
Dopiero teraz Lucia mogła zobaczyć istotę, której myśli słyszała. Był nią mężczyzna:  jasnowłosy, dobrze zbudowany. Miał na sobie ciemne ubranie i pelerynę z kapturem opuszczonym na plecy. Choć w tej części wszechświata uczucia nie miały znaczenia, mężczyzna spodobał się jej od pierwszej chwili.
On także nie odrywał od niej wzroku, ale spojrzenie jego czarnych, jak węgiel oczu niepasujących do aryjskiej urody, przerażało Lucię. Było dzikie i pożądliwe. Złe.
Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Kobieta speszona spuściła głowę.
Na ten gest, typowy łasym na pochwały kobietom, mężczyzna wybuchnął śmiechem. Tak przerażającym i złowieszczym, że Lucia zatkała uszy, choć przecież nie dzięki nim go słyszała.
– Próżność ziemskich kobiet – prychnął, dodając z ironią:
– Żałosne jesteście, wy, wszystkie Ewy...
– Kim jesteś? – zapytała kobieta, odchodząc od niego na bezpieczną, według niej, odległość.
– Myślisz, że jesteś w stanie ode mnie uciec? Że ktokolwiek jest?
Nim Lucia się spostrzegła, stał przy niej twarzą w twarz. I gdyby nie to, że oboje nie byli ludźmi, powiedziałaby, że czuje na sobie jego oddech. Tymczasem pozbawione ciał materie przeniknęły przez siebie, zespalając się w jedną, bezcielesną masę...

Lucia znalazła się nagle w innym miejscu. Zobaczyła starszą kobietę, karcącą kilkuletnią dziewczynkę o długich, czarnych włosach. I choć nie padło ani jedno słowo, Lucia znała powód, dla którego owa kobieta dawała klapsa przestraszonemu dziecku. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dziewczynka jest nią samą w dzieciństwie, a zdarzenie ma miejsce zaraz po tym,jak wbrew zakazom babci, wymknęła się z domu, wraz z olbrzymim labradorem, Bonim. Biegła do winnicy wuja Alfreda, trzymając większego od siebie zwierzaka na krótkiej smyczy. Kiedy na polnej drodze pojawiła się furmanka, pies wyrwał się jej z rąk i wpadł prosto pod koła rozpędzonego wozu.
Nie zdążyła jednak przypomnieć sobie wspomnień związanych z rozpaczą po psie, bo oto zobaczyła samochód pełen roześmianych, młodych ludzi. Za kierownicą zaś dziewczynę w białym, słomkowym kapeluszu.

Znała ją dobrze. Pamiętała jak lubiła ten kapelusz. Dostała go na osiemnaste urodziny od swojej prababci Sofii.
Dziewczyna starała się patrzeć na drogę, ale bardziej zaprzątał jej uwagę pasażer siedzący obok. Ciemnowłosy, przystojny chłopak, który wkładał rękę pod jej sukienkę. Dyskretnie, zmysłowo, by nie zauważyli pozostali pasażerowie.
Chociaż samochód przeznaczony był do przewozu pięciu osób, zajmowało go aż siedem. Dwie kobiety „ponadplanowe” z tyłu, usadowiły się na kolanach młodych mężczyzn. Wszyscy byli pod wpływem czerwonego wina, którego skosztowali w domu jednej z pasażerek. W stanie alkoholowego upojenia była także kobieta - kierowca.
Samochód zjeżdżał pośpiesznie z wysokiej górki.
Polna droga była pusta, ale nagle, jakby spod ziemi, wyrósł, pojawił się na niej starszy wieśniak, z koszykiem winogron. Wyszedł z leśnych kniei, by przejść na skróty do pobliskich zagród. Jadący z nadmierną prędkością samochód zauważył zbyt późno. Kierowca nie zdążył zahamować. Ciało starego wieśniaka poszybowało nad głowami, wciąż roześmianych pasażerów samochodu.
 
Znów jednak nie miała chwili czasu, by przypomnieć sobie następne wydarzenia związane z wypadkiem, bo znalazła się w sypialni swych rodziców. Leżała naga w szerokim, stylowym łożu. Nie była sama. Obok siebie ujrzała mężczyznę, z odsłoniętym, mocno owłosionym torsem i pokaźnym przyrodzeniem. Nie był już młodzieniaszkiem.
Oboje z kobietą oddychali głęboko, zmęczeni po dopiero co odbytym stosunku. Kobieta dotknęła swoich nabrzmiałych piersi, zadowolona z pełni ich kształtu. To zwłaszcza dzięki nim, miała tak ogromne powodzenie u miejscowych mężczyzn, a inne kobiety z zazdrością patrzyły na ich obfitość.
Lucia uśmiechnęła się. Wspomnienie tamtych chwil było przyjemne. Doskonale pamiętała swojego najlepszego kochanka Gulia. Również to, że spotykając się z nim, zapominała o czekającej na niego w domu, ciężarnej żonie i synach, którym odbierała ojca.
Jej twarz spochmurniała. Jednak jasnowłosy mężczyzna znowu nie pozwolił jej na rozpamiętywanie
strzępów tamtej przeszłości.

Z sypialni rodziców przeniósł jej świadomość do kuchni mieszkania na Via Monte Rosa w Milano. Siedziała na podłodze obok gazowego piecyka, przyglądając się krwi wypływającej z podciętych na przegubach żył. Po odejściu narzeczonego, Sergia, nie widziała już sensu życia. Miała trzydzieści lat, niestabilną pracę. Wciąż nie była matką. Zrozumiała nagle, że mężczyźni widzieli w niej jedynie materiał na kochankę. Podziwiali jej kobiece kształty. Pragnęli jej ponętnego ciała, zapominając, że tak, jak w każdej kobiecie, tkwi w niej potrzeba macierzyństwa. Chęć bycia szanowaną żoną i matką.
A może traktowali ją tak, jak im na to pozwalała?
Każdy ma przecież prawo wyboru. Pokierowania własnym życiem w taki sposób, by albo wzbudzało w kimś szacunek, albo pogardę.
Lucia pamiętała, że pod koniec życia dużo piła. Alkohol dawał ukojenie...
– Jak widzisz, całe życie należałaś do mnie Lucio – powiedział mężczyzna w pelerynie, gdy znowu znalazła się z nim na pustkowiu.
Tym razem usiadł na piasku, w sporej odległości od niej.
– Nie rozumiem... – odparła.
Podejrzewała kim jest, ale nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Nie mogła przecież upaść tak nisko.
Nie była, aż tak zła...
– Kim jesteś, na miłość boską?! – krzyknęła, choć jej usta pozostawały zamknięte.

– Nie przywołuj imienia kogoś, kogo tutaj nie ma i kogo, nigdy nie było w twoim życiu.
Mężczyzna znowu znalazł się w bliskiej odległości.
Stanął tuż za kobietą:
– Jestem czasem twojej wieczności. Przywyknij do mnie.
Po tych słowach zniknął, a Lucia znowu została sama.

Bezwietrzne, ciemne niebo spoglądało na nią z ukosa. Kobieta kręciła się w kółko, nie zostawiając
śladów na piasku, chociaż kilka odciśniętych stóp, prowadziło donikąd...

Przeznaczenie ("Opowieści po życiu")

Co sprawia, że należymy do siebie od zawsze, na zawsze? Przeznaczona nam wieczność zbliża nasze myśli, działania, stając się znamiennym symbolem pojednania.
Przeciwności przyciągają się, pomimo pozornie dzielących ich różnic. Bieguny, choćby najbardziej oddalone, znajdują środek zespolenia. Niepozorność nabiera wyrazistych kształtów... Lecz, wystarczy chwila zwątpienia, zawahanie, pytanie: "czy warto?" I chwiejność przeważa szalę. Rozdziewiczone przeznaczenie traci sens. Jednostki oddalają się, a ich potem próbuje znaleźć rozwiązanie w przypadku, nie rozumiejąc, że on nie istnieje. Nic, bowiem nie dzieje się bez przyczyny.
Jego pierwotność zrodzona w niematerialnym bycie staje się jedynym argumentem zbliżenia.
Zatem: co musi się stać – nastanie, co nie powinno
– przeminie...

Młoda kobieta ubrana w długą, jasnobłękitną suknię, położyła się na krótko ściętej trawie, porastającej łagodny brzeg krętej rzeki. Mimo, iż nie odczuwała chłodzącego dotyku roślinności, rozpostarła szeroko ramiona, zagłębiając jednocześnie ulotne ciało w fałdy zielonej murawy, jakby za wszelką cenę, próbując poczuć jej miękkość. Przymknęła oczy, delektując się błogą ciszą...
Miała na imię Sara. Liczyła lat około trzydziestu, a przynajmniej w tym wieku przekroczyła granicę śmierci. Jej dusza była jednak o wiele starsza, choć ona sama, nie była świadoma owej starości. Obsesyjne pragnienie odnalezienia bliskiej osoby wymazywało inne tęsknoty. Myśli – okrojone do jednej, przewodniej – nie dopuszczały odrębnych. Ale dusza, bliskiego jej za życia człowieka, zaginęła za granicami zaświatów.
– Nie można bez końca oszukiwać przeznaczenia.
Głos, który nagle usłyszała, wydawał jej się znajomy.
Otworzyła oczy. Tuż obok stał wysoki mężczyzna, ubrany w długą, białą szatę. Miał kształtną, raczej młodą jeszcze twarz, bez zmarszczek, choć włosy pokryte były już siwizną. Brzmienie barwy jego głosu wydawało jej się znajome, choć była pewna, że nigdy wcześniej tego mężczyzny nie spotkała.
– Kim jesteś? – zapytała, lecz mężczyzna w odpowiedzi zadał kolejne pytanie.
– Myślisz, że człowiek ma prawo wyboru?
Kobieta wzruszyła ramionami. Nie zrozumiała pytania.
– Spotkałaś przeznaczonego ci mężczyznę aż cztery razy, w kolejnych wcieleniach. Za każdym razem obdarzyłaś uczuciem, ale nigdy nie podjęłaś ostatecznej decyzji, od której zależała twoja przyszłość.
Sara słuchała słów mężczyzny w skupieniu, zdumiona ich bezpośredniością. Mężczyzna najwyraźniej znał dobrze jej doczesne życie.
Kobieta próbowała wrócić wyobraźnią do swoich poprzednich wcieleń, ale jej pamięć, po przekroczeniu granicy życia i śmierci, została wymazana. Nie wiedziała, że tajemniczy mężczyzna, posiadał moc przywracania wspomnień, jednak czynił to niezwykle rzadko, skrupulatnie wybierając dusze, którym odtwarzał przeszłość...

– Pierre, pojedź ze mną. Ucieknijmy razem, daleko stąd.
Stała przed nią, młoda kobieta, ubrana w długą, płócienną suknię. Po jej bladych policzkach spływały łzy.
– Nie, Marie – odparła Sara.
Znała imię kobiety, choć była przekonana, że widziała ją po raz pierwszy. Pamięć nie wróciła w pełni. Mężczyzna zezwolił na uwolnienie jedynie części odpowiedzialnej za emocje.
– Nie mogę. Złożyłem śluby. Moje miejsce jest za murami klasztoru.
Dziewczyna dotknęła jej policzka. Dopiero wtedy zrozumiała, że znajdowała się w ciele mężczyzny. Jej zbudzona z uśpienia wyobraźnia zaczęła zadawać pytania.
Czy w życiu ważniejsze są zrodzone w bólu lub zachwycie uczucia, czy zasady ustalone na potrzeby przynależności do ogółu? Schematyczne rozwiązania, obejścia konfliktów i trudności, przynoszące najczęściej ulgę dla wszystkich poza jednostką, której dotyczą.
Wewnętrzny spór o zasadność ich znaczenia, spycha doznania emocjonalne na dalszy plan. Nakazuje dokonywać wyboru. Jego wynik, podsyca oczekiwania karmy.
– Wiem, że złożyłeś przysięgę, ale tu chodzi o twoje życie. Pierre, proszę... - Targana sprzecznościami Sara zaprzeczyła. Zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji i konsekwencji wyboru, ale przyrzeczenie złożone Bogu, było dla niej w tamtej chwili ważniejsze od miłości do kobiety.
Ciemność przysłoniła na krótką chwilę jej oczy. Za sprawą tajemniczego mężczyzny, przeniosła się do kolejnego wcielenia...

Była naga. Obok niej, również bez odzienia, leżał mężczyzna około czterdziestki. Był sporo starszy od kobiety, jednak mimo dojrzałego wieku, jeszcze całkiem przystojny.
– Maurycy, co z twoim rozwodem?
Mężczyzna, który leżał na plecach, odwrócił się twarzą do kobiety. Przez chwilę spoglądał w milczeniu na jej krągłe ciało. Potem dotknął dłonią nabrzmiałych piersi i przesunął palce w zagłębienie pomiędzy wzgórkami.
– Nie wiem Klaro. Wiesz, w jakim stanie jest Maria, nie potrafię z nią teraz o tym rozmawiać.
Sara zobaczyła oczyma wyobraźni szczupłą blondynkę, o dużych, niebieskich oczach. Gruźlica zaatakowała ją jeszcze we wczesnej młodości, nim poznała swego przyszłego męża. Sara nieraz zastanawiała się, dlaczego ją poślubił? Przysięgał, że nigdy jej nie kochał.
– Zawsze będę dla ciebie tylko zabawką. – Powiedziała cicho, jakby do siebie, jednak na tyle głośno, by leżący obok mężczyzna mógł usłyszeć te słowa.
– Nieprawda, Klaro. Wiesz, że cię kocham. Nigdy nikogo nie kochałem tak, jak ciebie.
Przysunął się bliżej. Próbował pocałować jej pierś, ale kobieta odwróciła się do niego plecami. Wciąż słyszała zapewnienia o miłości, ale to jej nie wystarczało.
Pragnęła czegoś więcej. Nie chciała dłużej być jedynie kochanką.
– To nie takie proste. Maria pewnie niedługo umrze, wiesz w jakim jest stanie.
To, co mówił ukochany mężczyzna, przerażało ją.
Choć z drugiej strony było przecież prawdziwe i szczere.
– A jeśli stanie się cud i Maria wyzdrowieje? – zapytała.
– Co wtedy stanie się z nami?
Mężczyzna zamilkł. To, że nagle wyzdrowieje ktoś z zaawansowaną gruźlicą, było równie nieprawdopodobne, jak to, że on pokocha inną kobietę.
– Wiem, że cuda się zdarzają i bardzo bym chciał, by Maria wyzdrowiała, ale dobrze wiesz, że tak się nie stanie. Pewnego dnia jej organizm nie wytrzyma dłużej cierpienia i wtedy będziemy mogli być już na zawsze razem.
Sara odwróciła głowę i spojrzała Maurycemu w oczy. Nagle wszystko wydało się takie proste... Czekanie, miłość, cierpliwość zlały się w jedną, nagłą decyzję, którą postanowiła oznajmić mężczyźnie swego życia.
– Wiesz co, Maurycy? Nie chcę dłużej czekać.
Mam dosyć ciągłego ukrywania się i oszukiwania twojej żony, która już być może i tak domyśla się całej prawdy o nas.
– O czym ty mówisz? – zapytał zdziwiony mężczyzna.
Podparł ciało na ręce. Jego nagie, owłosione mięśnie klatki piersiowej napięły się.
– To koniec Maurycy. Między nami koniec. – Mężczyzna próbował coś powiedzieć, ale Sara znajdowała się już w innym miejscu i czasie...

Stała nad grobem. Wpatrzona w marmurową płytę, na której wyryto imię i nazwisko kobiety.
W chwili śmierci miała zaledwie dwadzieścia lat. Sara czuła, że tym razem znów była mężczyzną, jak wtedy w lesie, gdy nazywano ją Pierre. Nie mogła przyjrzeć się swemu ubraniu, bo oczy jak zahipnotyzowane wpatrywały się w nagrobną płytę. Czuła, że straciła bliską osobę i powzięła decyzję ostateczną... Wiedziała, że nie może jej zmienić i za chwilę ją zrealizuje.
Nie zastanawiała się nad konsekwencjami. Była chwilą.
Grób nie znajdował się na cmentarzu. Raczej na pustkowiu. Wokoło szemrały konary drzew, kołysane podmuchem zimnego wiatru. Na mogile zbierały się zeschłe liście. Najpewniej, porą roku, była jesień.
Dopiero po dłuższej chwili Sara-mężczyzna wyczuła, że trzyma w ręku jakiś przedmiot. Oderwała wzrok od nagrobka. Przedmiotem był pistolet. Nie przypominał współczesnego. Zaokrąglona drewniana rękojeść, świadczyła o przynależności do minionej epoki. Sara, jako kobieta, nie znała się na broni, lecz w ciele mężczyzny potrafiła określić jaki typ pistoletu trzyma w dłoni.
Po chwili przyłożyła go do skroni i nie spuszczając wzroku z nagrobnej płyty, nacisnęła spust.
Poczuła tępy ból.
Zaraz potem znalazła się w pokoju pełnym ludzi...

Siedzieli przy zastawionym suto stole. Tym razem tajemniczy mężczyzna sprawił, że Sara w pełni odzyskała pamięć. Doskonale wiedziała, kim była i gdzie się znajduje. To było jej ostatnie wcielenie, po którym przekroczyła granicę życia i śmierci.
Wspomnienie dotyczyło urodzin jej ciotki Bernadetty.
Miała wtedy dwadzieścia trzy lata i po raz pierwszy odbyła długą rozmowę z mężczyzną, którego kochała.
– Dlaczego zostałeś księdzem? – zapytała, gdy znalazła się w ogrodzie razem z przystojnym mężczyzną około trzydziestki. Spojrzał na nią dużymi, brązowymi oczami. Sarę peszyło to spojrzenie. Nie ukrywał go nawet przed rodziną kobiety, dla której był przyjacielem.
– Poczułem powołanie... – odparł z wahaniem.
Jeszcze pięć lat temu był tego pewien. Odkąd jednak poznał kobietę, stojącą przed nim, jego przekonanie, co do służby bożej, znacznie zmalało. Młoda kobieta nie była mu obojętna. Z każdym dniem coraz bardziej sobie to uświadamiał.
– Nigdy nie zwątpiłeś w to powołanie?
Spodziewał się tego pytania. Jednak, trudno mu było udzielić odpowiedzi. Nie potrafił kłamać. Zresztą, w jego profesji, rozmijanie się z prawdą było przecież niewskazane.
– Może... – westchnął.
Sara pragnęła mężczyzny stojącego obok. Nie narzekała na brak powodzenia u płci przeciwnej, ale jak na ironię zapragnęła tego, kogo nie mogła mieć. Postanowiła wykorzystać sytuację i poznać prawdę, na którą od dawna czekała.
– Mógłbyś zrezygnować z kapłaństwa? – zapytała.
Mężczyzna powoli odwrócił głowę i spojrzał jej głęboko w oczy.
– Dla ciebie Saro mógłbym wszystko, lecz to nie takie proste… Co bym robił? Kim bym był? –zapytał, patrząc przed siebie w niewidoczny punkt…
Kim może zostać kapłan, który zrezygnował z kapłaństwa?
Tym samym co kobieta, która go poślubi... – pomyśleli
oboje, milknąc na wieki.

– Adam powrócił... – powiedział mężczyzna w bieli, kiedy na powrót Sara znalazła się na brzegu rzeki.
– Dokąd? – zapytała.
Na dźwięk imienia ukochanego mężczyzny drgnęła. Ile mogło minąć lat od ich ostatniego spotkania?
– Do kolejnego wcielenia – usłyszała odpowiedź.
Spojrzała błagalnie na tajemniczą postać. Kim była: Bogiem, czy aniołem? A może fantomem zniecierpliwionego sumienia, które męczone, wyczekiwało upragnionego oczyszczenia?
– Czy ja też powrócę? – zapytała.
Mężczyzna uśmiechnął się:
– To zależy od ciebie. Każdy człowiek ma wolną wolę... - odparł.
– Lecz jeśli powrócę, nie będę pamiętała poprzednich wcieleń. Znowu popełnię te same błędy...

Mężczyzna nie odpowiedział. Zniknął równie niespodziewanie,
jak się pojawił.

list (kiedy nie pada śnieg)

czytam Ciebie zawsze tak samo
czy ktoś słyszy
nie słyszy
prawda nie leży pomiędzy
ma swoje miejsce

jak rzeka co kończy się w morzu

codzienność musi dorosnąć

bo jeśli jutra nie będzie
dziecięce pytania
pozostaną pośrodku

niedokończenia

zmysłów
splątanej pajęczyny

zrozumiesz
-nie zrozumiesz
-mężczyznom zawsze trudniej

ale jeśli już nic ma
jeśli już na coś czekamy
chcę zobaczyć to teraz

dziś nie pada

Galeria wspomnień

Wrocław 2012; od lewej: I.Bill, M.Gracz
Rybnik 2011, spotkanie autorskie: A.Cichy, J.Granowski, M.Gracz
Rybnik 2011, spotkanie autorskie: M.Gracz, J.Granowskiego i A.Cichy
Wieczór poezji M.Wrońskiego, Gliwice 2013
Wieczór poezji M.Wrońskiego, Gliwice 2013; od prawej: M.Bobak, M.Wroński
Od lewej: I.Bill, A.Morańska-Roder; Dni Literatury, Kamienna Góra 2013
Wieczór sztuk, Rybnik Chwałowice 2013; od lewej: D.Bonk, N.Mańka, M.Gracz
Na granicy światów - spotkanie autorskie, Tychy 2012; od lewej: J.Granowski, M.Gracz
Bydgoszcz 2011 - Kawiarnia Literacka "Modraczek"; od lewej: B.Jendrzejewska, M.Gracz
Bydgoszcz 2011 - Kawiarnia Literacka "Modraczek";

środa, 30 grudnia 2015

31 grudnia

ta noc
jeszcze niezapamiętana
niespłodzona
drzemie
w rozgrzanych jądrach przed-północy

miarowo dezynfekując
swoje każdy-każdy
wydmuchuje resztki niespełnionych życzeń

kurewsko przejaskrawiona

pustymi kieliszkami
beze-dnem
drżącym
niewiadomym

cokolwiek namaszcza
w wymiocinach wzlotów
nie swoich upadków
nakręca

niby wczorajsze zegary
na nowo narodzone jutro

grudzień 2013/grudzień 2015

niedziela, 27 grudnia 2015

Publikacje

Tytuł: Apokalipsa, Marionetki
Autor: Marta Gracz
Wydawca: Miniatura
Ilustracje: Paul Gustaw Dore

wydanie I
ISBN 978-83-7606-252-5
Opis: Wiersze zawarte w tomiku powstały z wnikliwej obserwacji życia codziennego. Poetka sprawnie oscyluje na tajemnej granicy światów, starając się wprowadzić czytelnika w nastrój zadumy, zastanowienia się nad sobą i najbliższym otoczeniem. (J.Granowski,Posłowie)


Tytuł: Apokalipsa, Marionetki
Autor: Marta Gracz
Wydawca: Miniatura
Rok wydania: 2013

wydanie II, poprawione
ISBN 978-83-936470-5-7
Opis: Książka, na którą składają się dwa, wydane wcześniej tomiki poezji poetki: Apokalipsa i Marionetki, w nowej szacie graficznej.



Tytuł: Cieniobranie
Autor: Marta Gracz
Wydawca: Mart-Gra
Rok wydania: 2012
Wydanie II

ISBN 978-83-934435-8-1 
Opis: Trzeci tomik poetycki autorki. Z posłowiem poetki Wiesławy Barbary Jendrzejewskiej.



Tytuł: Rzeki
Autor: Marta Gracz

Wydawca: Wydawnictwo Mart-Gra
Rok wydania: 2013

ISBN 978-83-64245-00-8
Ebook 
Opis: Czwarty i ostatni tomik poezji autorki, na który składają się wiersze i grafiki o tematyce miłosnej. 



Tytuł: Opowieści po życiu
Autor: Marta Gracz

Wydawca: Wydawnictwo Mart-Gra
Rok wydania: 2012

wydanie II, poprawione
ISBN 978-83-934435-1-2
Ebook
Opis: Pierwsza książka autorki napisana prozą. Bohaterami opowiadań są ludzie, którzy przekroczyli granicę życia i śmierci.